Lotanie z klekotami w Bukówcu Górnym

Lotanie z klekotami ma miejsce w Wielki Piątek i Wielką Sobotę, trzy razy dziennie w porach bicia kościelnych dzwonów: rano, w południe i wieczorem. Udział w zwyczaju biorą chłopcy podzieleni na dwie drużyny w zależności od miejsca zamieszkania: na tzw. Wielkim lub Małym Końcu Bukówca Górnego.

Główne rekwizyty to drewniane klekoty czyli kołatki młoteczkowe, oraz dwie taczki „dziad” i „baba” z jednym kółkiem i uchwytami. Lotanie z klekotami to rodzaj sztafety, członkowie drużyny wymieniają się przekazując sobie taczkę. Rozpoczynają i kończą bieg wykonując okrążenia wokół kościoła. Następnie jedna z drużyn biegnie wzdłuż głównej ulicy na jeden bądź drugi koniec. Tradycyjnie biegnący wykonują okrążenia przy kapliczkach znajdujących się przy trasie. Do ogólnego wyniku liczy się sześć biegów z dwóch dni.

Podczas tegorocznego lotania z klekotami, w Wielki Piątek przed południem w Bukówcu Górnym, czuć było atmosferę przygotowań do zbliżających się Świąt Wielkanocnych, trwały ostatnie porządki. Pod kościołem p.w. św. Marcina powoli gromadzili się chłopcy w zróżnicowanym wieku, częściowo ministranci. Do obowiązkowego wyposażenia każdego uczestnika należała żółta kamizelka odblaskowa z napisem Wielki lub Mały Koniec oraz drewniany klekot, czyli kołatka młoteczkowa wydająca głośny stukający dźwięk, który chętnie prezentowano.

Starsi chłopcy wyjęli z dzwonnicy „taczki” na kółkach, używane tu od pokoleń, które rozdzielono między dwie drużyny. Punktualnie o 12.00 rozpoczął się drugi z sześciu biegów. Pierwsza faza, wspólna dla obu drużyn, to okrążenia wokół kościoła, zjazd po schodach prowadzących do kościoła i przejazd przez bramę. Następnie drużyny skręciły w lewo lub w prawo i mknęły główną ulicą (Powstańców Wielkopolskich) na jeden lub drugi koniec wsi. Podczas biegu z taczką chłopcy wykonywali obowiązkowe okrążenia przy kapliczkach mijanych po drodze. Bieg to rodzaj sztafety, więc taczkę przekazywali sobie poszczególni uczestnicy drużyn, reszta zaś była w pobliżu robiąc hałas klekotami. Po powrocie pod kościół drużyny znów okrążały go trzy razy.

Tym razem zwycięski był Mały Koniec. Jak tłumaczyli klekotnicy po odbytym lotaniu: Zwykle zwycięża Wielki Koniec, rok temu była dominacja 6-0 [A dzisiaj?] W tym roku się nie powodzi. Postanowiliśmy im dać fory, bo za mało razy wygrywają. Liczy się wszystkie sześć biegów, po trzy odbywające się w Wielki Piątek i Sobotę (chłopcy po lotaniu z klekotami)

Chłopcy zgodnie przyznali, że lotanie z klekotami to fajna tradycja, w której chętnie biorą udział śladem starszych braci i kolegów. Po chwili odpoczynku i ożywionej wymiany wrażeń schowali taczki do dzwonnicy i rozeszli się do domów, aby regenerować siły na kolejne tury.

Nie, to nie chodziło o to, kto wygra, tylko polegało to na tym, aby wszyscy mieszkańcy po prostu usłyszeli to, że nie biją dzwony, natomiast lecą te klekoty, takie tradycyjne - Wielki Piątek i Wielka Sobota, rano, południe, wieczorem. (mieszkaniec Bukówca Górnego)

Jak wspominają mieszkańcy dawniej, gdy na głównej ulicy nie było dużego ruchu klekotnicy mogli biec całą gromadą środkiem drogi. Przypatrujący się im starsi chłopcy często dołączali, aby wesprzeć swoją drużynę. Zdarzały się kłótnie pomiędzy grupami i wzajemne zarzuty odnośnie nie dopełnienia zadania według ustalonych reguł. Najkorzystniejszym zakończeniem było dobiegnięcie w podobnym czasie i rozstrzygnięcie wyścigu podczas trzykrotnego okrążania kościoła.

Na dwa końce się biegnie, zawsze były dwie grupy. A jeżeli było mało uczestników, jedna grupa, to nawet potrafiliśmy na obydwie strony od kościoła. Nawet tak bywało. Zależy ile po prostu chłopaków tam się znalazło. (mieszkaniec Bukówca Górnego)

Kto wykonywał klekoty?

Robili klekoty przede mną, było w Bukówcu kilku stolarzy, wielu z nich przed gwiazdką przestawiało się na zabawki drewniane, jakieś konie bujane i właśnie oni robili klekoty, jak było potrzeba. Nieraz rodzice, dziadek zrobił. One były różnego rodzaju, ładnie zrobione i bardzie toporne, ale cel był jeden, one musiały spełniać swoje zadanie i musiały klekotać. Ja w moich zbiorach klekotów mam klekot sąsiada z 1934 roku i do dzisiaj działa. Całym sekretem jest, żeby był zrobiony z twardego drewna. […] Zdarza się, że nieraz chłopcy w czasie biegania z klekotami przyjdą, nieraz coś pęknie, coś się tam wydarzy i jak dobrze klekocze, to ma prawo. To wtedy tam regeneruję i latają dalej. (Jerzy Sowijak)
Ustawienia prywatności
Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.
Polityka prywatności